Genealogia a literatura

Więcej
8 lata 9 miesiąc temu #19585 przez Michał Urbaniak
Replied by Michał Urbaniak on topic Genealogia a literatura
Pomyślałem, że w tym temacie umieszczę jeszcze słynny fragment noweli "Antek" Bolesława Prusa. Zapewne większość z Państwa pamięta "Antka", to była szkolna lektura. Czytam to i myślę sobie - kto wie, czy któremuś z malutkich dzieci naszych przodków nie przytrafiło się coś podobnego? Bardzo przejmujący jest według mnie końcowy fragment - chyba tak właśnie zapominano o zmarłych dzieciach.

"Miał już dziesięć lat, kiedy pewnego razu ośmioletnia wówczas siostra jego, Rozalia, strasznie zaniemogła, Jak się położyła z wieczora, to się jej na drugi dzień dobudzić było trudno. Ciało miała gorące, oczy błędne i gadała od rzeczy. Matka z początku myślała, że dziewczyna przyczaja się; dała jej więc parę szturchańców. Ale gdy to nie pomogło, wytarła ją gorącym octem, a na drugi dzień napoiła wódką z piołunem. Wszystko na nic, a nawet gorzej, bo po wódce wystąpiły na dziewuchę sine plamy. Wtedy wdowa przetrząsnąwszy szmaty, jakie tylko były w skrzyni i w komorze, wybrała sześć groszy i wezwała na ratunek Grzegorzową, wielką znachorkę.
Mądra baba obejrzała chorą uważnie, opluła koło niej podłogę jak należy, posmarowała ją nawet sadłem, ale - i to nie pomogło.
Wtedy rzekła do matki:
- Napalcie, kumo, w piecu do chleba. Trza dziewczynie zadać na dobre poty, to ją odejdzie.
Wdowa napaliła w piecu jak się patrzy i wygarnęła węgle czekając dalszych rozkazów.
- No, teraz - rzekła znachorka - położyć dziewuchę na sosnowej desce i wsadzić ją w piec na trzy zdrowaśki. Ozdrowieje wnet, jakby kto ręką odjął!
Istotnie, położono Rozalię na sosnowej desce (Antek patrzył na to z rogu izby) i wsadzona ją, nogami naprzód, do pieca.
Dziewczyna, gdy ją gorąco owiało, ocknęła się.
- Matulu, co wy ze mną robicie? - zawołała.
- Cicho, głupia, to ci przecie wyjdzie na zdrowie.
Już ją wsunęły baby do połowy; dziewczyna poczęła się rzucać jak ryba w sieci. Uderzyła znachorkę, schwyciła matkę obu rękami za szyję i wniebogłosy krzyczała:
- A dyć wy mnie spalicie, matulu!...
Już ją całkiem wsunięto, piec założono deską i baby poczęły odmawiać trzy zdrowaśki...
- Zdrowaś, Panno Mario; łaski pełna...
- Matulu! matulu moja!... - jęczała nieszczęśliwa dziewczyna. - O, matulu!...
- Pan z tobą, błogosławionaś ty między niewiastami...
Teraz Antek podbiegł do pieca i schwycił matkę za spódnicę.
- Matulu! - zawołał z płaczem - a dyć ją tam na śmierć zaboli!...
Ale tyle tylko zyskał, że dostał w łeb, ażeby nie przeszkadzał odmawiać zdrowasiek. Jakoś i chora przestała bić w deskę, rzucać się i krzyczeć. Trzy zdrowaśki odmówiono, deskę odstawiono.
W głębi pieca leżał trup ze skórą czerwoną, gdzieniegdzie oblazłą.
- Jezu! - krzyknęła matka ujrzawszy dziewczynę niepodobną do ludzi.
I taki ogarnął ją żal za dzieckiem, że ledwie pomogła znachorce przenieść zwłoki na tapczan. Potem uklękła na środku izby i, bijąc głową w klepisko, wołała:
- Oj! Grzegorzowa!... A cóż wyście najlepszego zrobili!...
Znachorka była markotna.
- Et!... Cicho byście lepiej byli. Wy może myślicie, że dziewuszysko od gorąca tak sczerwieniało? To tak z niej choroba wylazła, ino że trochę za prędko, więc i umorzyła niebogę. To wszystko przecie w mocy boskiej.
We wsi nikt nie wiedział o przyczynie śmierci Rozalii. Umarła dziewucha - to trudno. Widać, że już tak było przeznaczone. Alboż to jedno dziecko co rok we wsi umiera, a przecie zawsze ich jest pełno.
Na trzeci dzień włożono Rozalię w świeżo zheblowaną trumienkę z czarnym krzyżem, trumnę ustawiono w gnojownicach i powieziono dwoma wołami za wieś, tam gdzie nad zapadniętymi mogiłami czuwają spróchniałe krzyże i białokore brzozy. Na nierównej drodze trumienka skrzywiła się trochę na bok, a Antek, trzymający się fałdów spódnicy matczynej, idąc za wozem myślał:
„Musi tam być źle Rozalce, kiedy się tak poprawia i na bok przewraca!...”
Potem - pokropił ksiądz trumnę święconą wodą, czterech parobków spuściło ją na szalach do grobu, przywaliło ziemią - i tyle wszystkiego.
Wzgórza z lasem szumiącym i te, na których krzaki rosły, zostały tam, gdzie były. Pastusi jak dawniej grali na fujarkach w dolinie i życie szło, wciąż szło swoją koleją, choć we wsi nie stało jednej dziewuchy.
Przez tydzień mówiono o niej, potem zapomniano i opuszczono świeży grób, na którym tylko wiatr wzdychał i świergotały polne koniki."
The following user(s) said Thank You: Michał Mugaj

Please Zaloguj or Zarejestruj się to join the conversation.

Więcej
8 lata 9 miesiąc temu #19590 przez Andrzej Kuśnierczyk
Replied by Andrzej Kuśnierczyk on topic Genealogia a literatura
Pozostańmy w kręgu spraw tu poruszanych : autentyzmu i wartościowej literatury.
Otrzymałem z Żyrardowa miłą przesyłkę : wspomnieniową ksiażkę Pawła Hulki-Laskowskiego - w formie audio, czyta (znakomicie!) Jarosław Gajewski.
Znakomity materiał - opis kultury z przełomu XIX i XX w. Ludzie, obyczaje, język.

Polecam

zyrardow.pttk.pl/szwejk/hulka.html
The following user(s) said Thank You: Michał Mugaj, Michał Urbaniak

Please Zaloguj or Zarejestruj się to join the conversation.

Więcej
8 lata 9 miesiąc temu #19609 przez Michał Urbaniak
Replied by Michał Urbaniak on topic Genealogia a literatura
Bardzo ciekawy trop!

Please Zaloguj or Zarejestruj się to join the conversation.

Więcej
8 lata 3 miesiąc temu #22606 przez Michał Urbaniak
Replied by Michał Urbaniak on topic Genealogia a literatura
Dziś chciałbym tutaj wkleić fragment "Julianki" opisujący tryb życia na pewnym miejskim podwórzu. Myślę, że tak mogło żyć wielu naszych przodków. Samą nowelę bardzo polecam - wstrząsająca historia, a do tego mnóstwo obrazków z życia ówczesnych ludzi.

"Rzecz dziwna! Ludność, zamieszkująca zakąt ten, zmienia się często, a jednak zawsze jest jakby tą
samą. Gdybyś przez lat dziesiątki co miesiąc, co tydzień, codzień, zaglądał na ogromne podwórze,
zobaczył-byś tu te same widoki i te same odgłosy posłyszał. Słudzy, czasowo bez zajęcia zostający,
rozchodzą się ztąd w różne strony, aby na czas jakiś zamieszkać w pięknych kamienicach i ładnych
dworkach miejskich, z których w zamian wychodzą mniéj szczęśliwi ich towarzysze i tu przybywają;
dziadowie i baby kościelne idą szukać dochodniejszéj parafii, albo kłaść się na wieki po najuboższych kątkach miejskiego cmentarza; a ci, co przy pogrzebach ich zawodzili pieśni żałobne, stukają koszturami i kijami swemi po tych samych kamieniach, po których do czasu wynoszą małe trumienki, zamykające w sobie martwe ciała dziecięce, a za niemi grubijańscy ci i nierządni ludzie, którzy co noc budzą mieszkańców ulicy pijanemi okrzyki, postępują zwolna, ze zwieszonemi głowami i płaczą. Liczba drobnych istot z bosemi nogami i rozczochranym włosem, hasających po wielkiém podwórzu, nie zmniejsza się jednak; przez okno oficynki, nad gęstwiną chwastów, zamiast chudéj szwaczki o wybladłych oczach, wygląda zarumieniona od ognia, z nagiemi, mokremi rękoma, praczka, i rozdraźnionym głosem przywołuje ku sobie swe dzieci.
Wszystko tu tak samo, choć wszyscy są inni. I tylko magiel, ten sam zawsze, co i przed lat
dziesiątkiem, turkoce ponuro w głębi starego gmachu, i ta sama żydówka, mała i przygarbiona, kołysze starą głowę swą, obciążoną spłowiałym zawojem, za oknem, ubraném w obwarzanki, butelki i sery. Właścicielki maglu zmieniały się wiele razy, lecz on sam pozostał zawsze na dawném swém miejscu; staréj żydówce dopomagały w handlu córki jéj, potém wnuczki, a potém prawnuczki, lecz ona sama siedzi zawsze tam, gdzie siadywała przed laty i bezzębnemi usty rada jest opowiadać każdemu, kto słuchać zechce, długie i różne historye o wielkiém podwórzu, starym gmachu i wielu pokoleniach mieszkańców ich, które przesuwały się jéj przed oczyma, niby szeregi cieniów, coraz innych, a wiecznie jednakich"
The following user(s) said Thank You: Michał Mugaj, Lech Ciuk, Teresa Łukasik, Elżbieta Kowalska

Please Zaloguj or Zarejestruj się to join the conversation.

Więcej
8 lata 2 miesiąc temu #23015 przez Michał Urbaniak
Replied by Michał Urbaniak on topic Genealogia a literatura
Dziś chciałbym przedstawić fragment "Chama", powieści Elizy Orzeszkowej z 1888 roku. Oto co było w chacie rybaka z białoruskiej wsi. Przyznam, że informacja o cukierkach trochę mnie zaskoczyła. Przy posiłku siadają Franka (żona Pawła, tytułowego "chama") i żebraczka Marcela:

"- Wiesz co, Marcelko? nastaw ty samowarek: herbatki sobie wypijem.
 U Pawła, jak u Filipa, jak w kilku zresztą najporządniejszych chatach tej wioski, był blaszany samowarek i zawsze jakaś szczypta herbaty i trochę cukru w zapasie. Paweł nawet na prośbę żony zapas ten powiększył. Franka o jedzenie wogóle mało dbała. Jadła byle co i bardzo niewiele; zdarzało się nawet, że przez dzień cały, szczególniej gdy była czemś zajęta albo wzruszona, nic w usta nie brała. Ale bez herbaty żyć nie mogła i za cukierkami tęskniła, które w mieście, jak opowiadała Pawłowi. kupowała sobie zawsze, albo od kawalerów otrzymywała. Innych podarunków nikt jej nie przynosił, ale cukierki przynosili, a ona je przyjmowała, bo panie nawet od panów zawsze cukierki przyjmują. Dziś właśnie, kiedy Paweł do miasteczka wyjeżdżał, zarzuciła mu ręce na szyję i poprosiła:
 — Przywieź cukierków! Mój mileńki, złoty, brylantowy, przywieź!
 O suknie albo pożywienie inne, niż to, które powszechnie we wsi jadano, nie prosiła go nigdy; o herbatę i cukierki poprosiła.
 Tymczasem Marcela, z pod opuchłych powiek radośnie oczyma błysnąwszy, żwawo, bez pomocy nawet kija, po izbie chodząc, rozkaz jej spełniła.
 Na dworze deszcz padał; dwie kobiety, jedna w łachmanach, druga w grubej chustce na plecach, przy małem oknie herbatę z zielonawych szklanek popijały, trzaskami ją mieszając. Żebraczka przytem pochłaniała dużo razowego chleba, i znać było po niej, że cieszyła się czegoś bardzo. Może odwiedziny te powiodły się jej lepiej, niż spodziewać się mogła, i pomyślność jakąś na przyszłość zapowiadały".

Zasadniczo polecam całą książkę. Jest tam wiele świetnych scenek rodzajowych z życia wsi końca XIX wieku. Myślę, że ta białoruska nie różniła się tak bardzo od polskiej.
The following user(s) said Thank You: Michał Mugaj, Maria Mroczek, Kinga Cisowska Vnuk

Please Zaloguj or Zarejestruj się to join the conversation.

Więcej
8 lata 1 miesiąc temu #23639 przez Michał Urbaniak
Replied by Michał Urbaniak on topic Genealogia a literatura
Dzisiaj przedstawiam Wam fragment "Księgi Tatr" Jalu Kurka. Wszystko rozgrywa się w Zakopanem, ale myślę, że pewne obrazki rodzajowe (a jest ich tu sporo) pozostają uniwersalne. Oto jak leczono pewną chorą dziewczynkę:

"Uchowało się jej troje dzieci: dwoje starszych zmarło. Syn pierworodny zaraz po urodzeniu, a córka na ospę w ósmym roku życia. Leżała oblepiona wrzodami, cuchnęło od niej strasznie, nie można było jej tknąć, przewracano ją na chuście. Głowa ją bolała, oblewano ją zimną wodą, bo takie było podówczas leczenie, lecz woda nic nie pomogła. Dziecko płakało, płakało i w tym płaczu umarło. Zośkę, która była chora na suchoty, leczyła matka w dzieciństwie wszelkimi ludowymi
sposobami. Brała o północy ziemię z grobu na cmentarzu w Poroninie, gotowała ją w wodzie, kąpała w tym córeczkę. Kąpała dziecko w wodzie zasypanej mrówkami spod sosnowego drzewa. Zrobiła wałek z gałganów, ubrała go w koszulę Zośczyną, wyniosła na dach, trzymała tam przez dwadzieścia
cztery godziny. O północy, kiedy księżyc był na wietku (to znaczy zanikał), poszła z Zośką pod kapliczkę, modląc się o wypędzenie choroby z ciała dziecka. Zdjęła z córki koszulinę, prasnęła nią o ziemię u stóp kapliczki. I odeszła szybko. Choroba pozostała w koszuli. Jegomość [ksiądz] walczył z tym ciemnym przesądem, gdy nastał, bo zdarzało mu się nieraz oglądać pod kapliczką koszule suchotnicze, w których miała się ukrywać choroba. Byli tacy, którzy się łakomili na porzucone koszule, chytrość była silniejsza od obawy zakażenia."
The following user(s) said Thank You: Maria Mroczek, Małgorzata Flis /Cieśla/

Please Zaloguj or Zarejestruj się to join the conversation.

Czas generowania strony: 0,000 s.
Zasilane przez Forum Kunena

Logowanie