Topic-icon Genealogia a literatura

1 rok 11 miesiąc temu #19099 przez Michał Urbaniak
Witam,

postanowiłem założyć taki nietypowy temat, może kogoś zainteresuje i ktoś podąży tym tropem. Otóż na fali fascynacji genealogicznej sięgnąłem po literaturę beletrystyczną opisującą życie polskiego chłopstwa w XIX wieku. Po dzieła pisarzy, którzy żyli w tamtych czasach i znali sytuację ówczesnego chłopstwa.

I powiem Państwu, że kiedy czytam te opisy biednych izb w "Chłopach", przedstawienie ciężkiej pracy, lokalnych obrzędów, rozmów bohaterów, myślę sobie: no tak, tak właśnie musiało być. Czytam o tym, jak dorosłe dzieci spierają się z Boryną, który chce stanąć po raz trzeci na ślubnym kobiercu i myślę sobie o swoich obarczonych dziećmi wiekowych przodkach-wdowcach, którzy brali sobie za żony młode dziewczyny. Czytam o żebraczkach tułających się od domu do domu, o staruszkach śpiących pod piecem i myślę sobie o moich przodkach, których spotkał podobny los.

Ale to oczywiście nie tylko "Chłopi". Tak na nowo poznałem nowele Konopnickiej (której już dziś chyba nikt nie czyta, a szkoda). W takich tekstach jak "Nasza szkapa", "Banasiowa", "Krysta", "Józefowa", "Ksawery" czy "Martwa natura" można odnaleźć obraz wsi z jej dramatami, radościami. Trudno to wyjaśnić, ale kiedy poznawałem te opowiadania, miałem wrażenie, że jestem bliżej swoich przodków.

Może ktoś z Państwa kiedyś podobnie sięgnął po literaturę o takiej tematyce?

Pozdrawiam serdecznie
Michał
The following user(s) said Thank You: Szymon Gruca, Tomasz Krzywanski, Halina Klimza, Lech Ciuk

Proszę Zaloguj , aby dołączyć do konwersacji.

1 rok 11 miesiąc temu #19102 przez Andrzej Kuśnierczyk
Panie Michale, to niezwykle istotna kwestia. Nazywam ową historyczna amnezje (genealogicznym) efektem Dopplera - im bardziej interesuje nas jedynie ilość osób "w drzewku" i tzw. dobre pochodzenie, całkowicie zapominamy o realiach życia swoich przodków czyli o kontekstualności.
Literatura nie jest fikcją. Wyrosła z realnej ( a nie wirtualnej) kultury. Zatem jest systemowa, czy tego chcemy, czy nie.
A najbardziej realna jest... archeologia. Kości, guziki, fragmenty czaszek, naczynia, drobne monety.
Badając dzieje przodków nie zapominajmy o ich sąsiadach.
Pozdrawiam.
The following user(s) said Thank You: Michał Urbaniak

Proszę Zaloguj , aby dołączyć do konwersacji.

1 rok 11 miesiąc temu #19107 przez Michał Urbaniak
Bardzo Panu dziękuję za ciekawy komentarz.

Rzeczywiście może być tak, że uzupełniamy drzewo jak wieloelementowe puzzle, nie myśląc przy tym o ludziach, którzy się na to drzewo składają.
Oczywiście literatura nie powie nam być może wiele o konkretnych naszych przodkach, ale pozwoli poznać realia, w jakich żyli.

Pozdrawiam serdecznie
The following user(s) said Thank You: Elżbieta Kowalska

Proszę Zaloguj , aby dołączyć do konwersacji.

1 rok 11 miesiąc temu - 1 rok 11 miesiąc temu #19108 przez Sylwia Dudek (Belkot)
Mam tak samo, czytajac literature dotyczaca chlopow, wyobrazam sobie jak zyli moi przodkowie. Nawet ostatnio kupilam ksiazke Historia chlopow slaskich, zeby moc poznac realia ich zycia. Wg mnie tez dzieki literaturze nasi przodkowie ozywaja

Pozdrawiam
Sylwia
The following user(s) said Thank You: Michał Urbaniak

Proszę Zaloguj , aby dołączyć do konwersacji.

1 rok 11 miesiąc temu - 1 rok 11 miesiąc temu #19109 przez Michał Urbaniak
Ja byłem na przykład zaskoczony, kiedy natrafiłem na moment wybierania dziecku imienia w jednej z nowel Konopnickiej. Pomyślałem sobie, że tak to musiało wyglądać. Nie sądziłem też, że wtedy chrzciny hucznie obchodzono (a tak jest w tym opowiadaniu).

Nowela "Krysta" opowiada o dziewczynie, która nie dochowała wierności ukochanemu żołnierzowi Antosiowi przebywającemu na wojnie. Stało się to zresztą za cichą aprobatą matki dziewczyny i lokalnej społeczności - wszyscy rozumieją, że żołnierz najprawdopodobniej zginął, a mało która "żołnierka" dochowuje wierności. Matka Krysty sprowadza do domu parobka Pawła, a Krysta mu się nie opiera. Opowiadanie rozpoczyna się w momencie, w którym Krysta leży po porodzie. Jest pogrążona w depresji - dziecko to żywy dowód "grzechu". Atmosfera w chacie jest napięta, matka Krysty próbuje wszystko załagodzić i zbliżyć ojca do dziecka i skłania do wybrania chłopcu imienia:

"Podszedł parobek ociągając się, markotny, niechętny jakby i w nogach łóżka stanąwszy patrzał pochmurowato na dziecko i na odwróconą ku ścianie Krystę. Nagle podniosła stara ku niemu głowę i spytała prędko:
- A jakże mu damy, kiej się na Urszulę urodził?...
- Niech ta Krysta obiera! - odrzekł Paweł chmurnie.
Podparła stara brodę, sprostowała grzbieta i namyślać się zaczęła.
- Choćby my mu dali Wojtek?... Ale to tu tych Wojtków zatrzęsienie we wsi! Choćby Jasiek?... Ino że już trzech Jaśków chrześniaków mam... Albo Stacho?... E... nie! Nie trzeba daleko w pozad w kalendarzu sięgać, boby chłopak zyza miał. Jakże Krysta? Odezwijże się! Cóż leżysz jak drewno?
- A dajcie mu tam, jak chcecie! - przemówiła niecierpliwie chora.
Karbowiaczka klasnęła nagle w ręce.
- A choćby my mu, na to mówiąc, Jantoś dali?...
Odwróciła się Krysta gwałtownie od ściany i na łóżku siadła. Oczy miała rozgorzałe, brwi ściągnięte, na czole podłużną zmarszczkę.
- Nie, matko! - zawołała trzęsąc głową. - Nie! Aby nie Antek! Jak chcecie, dawajcie, aby nie Antek, nie!...
Mówiła prędko, namiętnie, z wielkim ogniem w twarzy, z oburzeniem w głosie.
Stara zamilkła. Nie wiedziała, co rzec. Paweł od łóżka odstąpił i trzaskając w palce z powstrzymywanej pasji czapkę o ławę cisnął".

Całe opowiadanie możecie znaleźć tutaj - jest naprawdę ciekawe:

www.info.kalisz.pl/utwory/konopnicka/krysta.htm
The following user(s) said Thank You: Elżbieta Kowalska, Sylwia Dudek (Belkot), Kinga Cisowska Vnuk

Proszę Zaloguj , aby dołączyć do konwersacji.

1 rok 11 miesiąc temu #19110 przez Sylwia Dudek (Belkot)
Dziekuje, z przyjemnoscia przeczytam, nie znalam tego opowiadania. Z opowiesci rodzinnych pamietam pewna historyjke. Jednemu z moich przodkow pod koniec XIX wieku urodzila sie kolejna corka, 7 z rzedu i braklo juz im pomyslow na imie. Poszedl wiec ja zarejestrowac do USC i tam urzednik pyta jak dziecku na imie i on sie przyznal, ze pomyslu nie maja na imie. Wiec urzednik zaproponowal, a moze Gerturda? I tak zostala corka zapisana

Dla mnie ciekawe jest,ze w jednej rodzinie dwojce dzieciom tych samych rodzicow nadano to same imie. U moich 3xpradziadkow pierwszy syn byl Laurentius, i po 19 laach znowu urodzil im sie syn tez Laurentius. POdjerzewam, ze ten pierwszy zmarl w dziecinstwie, poszukuje jego aktu zgonu, i dlatego ostatniemu tez tak dano na imie. Ale poki nie mam aktu zgonu pierwszego, to tylko moje domysly
The following user(s) said Thank You: Michał Urbaniak

Proszę Zaloguj , aby dołączyć do konwersacji.

1 rok 11 miesiąc temu #19111 przez henryk gierlik
The following user(s) said Thank You: Michał Urbaniak

Proszę Zaloguj , aby dołączyć do konwersacji.

1 rok 11 miesiąc temu #19112 przez henryk gierlik
The following user(s) said Thank You: Michał Urbaniak

Proszę Zaloguj , aby dołączyć do konwersacji.

1 rok 11 miesiąc temu #19113 przez henryk gierlik
The following user(s) said Thank You: Michał Urbaniak

Proszę Zaloguj , aby dołączyć do konwersacji.

1 rok 11 miesiąc temu #19133 przez Andrzej Kuśnierczyk
Odkrywanie Marii Konopnickiej trwa, bo szkolne czytanki di cna ja zakłamały. Była to kobieta "z krwi i kości", bardzo namiętna i znająca życie. Zawsze z szacunkiem przechodzę koło domu, w którym się urodziła (w Suwałkach) i jej udanego rzeźbiarskiego wizerunku.
Dlaczego w szkołach nie czyta się wydanych drukiem listów Konopnickiej? (Krasińskiego, Słowackiego, Mickiewicza, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej etc.etc.) Odpowiedź: reforma programowa. Są testy, a nie ma człowieka.
The following user(s) said Thank You: Halina Klimza, Michał Urbaniak, Kinga Cisowska Vnuk

Proszę Zaloguj , aby dołączyć do konwersacji.

1 rok 11 miesiąc temu #19145 przez Michał Urbaniak
Myślę, że ta kwestia nadawania tych samych imion dzieciom (albo imion wcześniej zmarłych dzieci) nas dziwi i ciekawi, bo dziś się już tego nie praktykuje. Nasi przodkowie żyli w innej rzeczywistości i mieli inną mentalność. O wielu sprawach decydował też ksiądz (to nie przypadek, że w iluś księgach w kolejnych aktach rodzą się dzieci o takich samych imionach). W swoim drzewie mam człowieka, który miał trzy córki Marianny - dwie dożyły dorosłości, najmłodsza zmarła w wieku 12 lat.
The following user(s) said Thank You: Elżbieta Kowalska

Proszę Zaloguj , aby dołączyć do konwersacji.

1 rok 11 miesiąc temu #19146 przez Michał Urbaniak
Zgadzam się, Panie Andrzeju, szkoła bardzo dużą krzywdę robi niektórym pisarzom, przedstawiając ich jako nudne persony z pomników (na przykład Konopnicką, Orzeszkową czy wspomnianego przez pana Mickiewicza). Maria Konopnicka była fascynującą kobietą, która potrafiła rzucić wyzwanie swojemu środowisku, konwenansom, była też celebrytką swoich czasów. Jej dzisiejszy wizerunek jest mocno zakłamany. A szkoda. Do tego jej teksty są naprawdę nowoczesne jak na swoje czasy.
The following user(s) said Thank You: Elżbieta Kowalska

Proszę Zaloguj , aby dołączyć do konwersacji.

1 rok 9 miesiąc temu #19585 przez Michał Urbaniak
Pomyślałem, że w tym temacie umieszczę jeszcze słynny fragment noweli "Antek" Bolesława Prusa. Zapewne większość z Państwa pamięta "Antka", to była szkolna lektura. Czytam to i myślę sobie - kto wie, czy któremuś z malutkich dzieci naszych przodków nie przytrafiło się coś podobnego? Bardzo przejmujący jest według mnie końcowy fragment - chyba tak właśnie zapominano o zmarłych dzieciach.

"Miał już dziesięć lat, kiedy pewnego razu ośmioletnia wówczas siostra jego, Rozalia, strasznie zaniemogła, Jak się położyła z wieczora, to się jej na drugi dzień dobudzić było trudno. Ciało miała gorące, oczy błędne i gadała od rzeczy. Matka z początku myślała, że dziewczyna przyczaja się; dała jej więc parę szturchańców. Ale gdy to nie pomogło, wytarła ją gorącym octem, a na drugi dzień napoiła wódką z piołunem. Wszystko na nic, a nawet gorzej, bo po wódce wystąpiły na dziewuchę sine plamy. Wtedy wdowa przetrząsnąwszy szmaty, jakie tylko były w skrzyni i w komorze, wybrała sześć groszy i wezwała na ratunek Grzegorzową, wielką znachorkę.
Mądra baba obejrzała chorą uważnie, opluła koło niej podłogę jak należy, posmarowała ją nawet sadłem, ale - i to nie pomogło.
Wtedy rzekła do matki:
- Napalcie, kumo, w piecu do chleba. Trza dziewczynie zadać na dobre poty, to ją odejdzie.
Wdowa napaliła w piecu jak się patrzy i wygarnęła węgle czekając dalszych rozkazów.
- No, teraz - rzekła znachorka - położyć dziewuchę na sosnowej desce i wsadzić ją w piec na trzy zdrowaśki. Ozdrowieje wnet, jakby kto ręką odjął!
Istotnie, położono Rozalię na sosnowej desce (Antek patrzył na to z rogu izby) i wsadzona ją, nogami naprzód, do pieca.
Dziewczyna, gdy ją gorąco owiało, ocknęła się.
- Matulu, co wy ze mną robicie? - zawołała.
- Cicho, głupia, to ci przecie wyjdzie na zdrowie.
Już ją wsunęły baby do połowy; dziewczyna poczęła się rzucać jak ryba w sieci. Uderzyła znachorkę, schwyciła matkę obu rękami za szyję i wniebogłosy krzyczała:
- A dyć wy mnie spalicie, matulu!...
Już ją całkiem wsunięto, piec założono deską i baby poczęły odmawiać trzy zdrowaśki...
- Zdrowaś, Panno Mario; łaski pełna...
- Matulu! matulu moja!... - jęczała nieszczęśliwa dziewczyna. - O, matulu!...
- Pan z tobą, błogosławionaś ty między niewiastami...
Teraz Antek podbiegł do pieca i schwycił matkę za spódnicę.
- Matulu! - zawołał z płaczem - a dyć ją tam na śmierć zaboli!...
Ale tyle tylko zyskał, że dostał w łeb, ażeby nie przeszkadzał odmawiać zdrowasiek. Jakoś i chora przestała bić w deskę, rzucać się i krzyczeć. Trzy zdrowaśki odmówiono, deskę odstawiono.
W głębi pieca leżał trup ze skórą czerwoną, gdzieniegdzie oblazłą.
- Jezu! - krzyknęła matka ujrzawszy dziewczynę niepodobną do ludzi.
I taki ogarnął ją żal za dzieckiem, że ledwie pomogła znachorce przenieść zwłoki na tapczan. Potem uklękła na środku izby i, bijąc głową w klepisko, wołała:
- Oj! Grzegorzowa!... A cóż wyście najlepszego zrobili!...
Znachorka była markotna.
- Et!... Cicho byście lepiej byli. Wy może myślicie, że dziewuszysko od gorąca tak sczerwieniało? To tak z niej choroba wylazła, ino że trochę za prędko, więc i umorzyła niebogę. To wszystko przecie w mocy boskiej.
We wsi nikt nie wiedział o przyczynie śmierci Rozalii. Umarła dziewucha - to trudno. Widać, że już tak było przeznaczone. Alboż to jedno dziecko co rok we wsi umiera, a przecie zawsze ich jest pełno.
Na trzeci dzień włożono Rozalię w świeżo zheblowaną trumienkę z czarnym krzyżem, trumnę ustawiono w gnojownicach i powieziono dwoma wołami za wieś, tam gdzie nad zapadniętymi mogiłami czuwają spróchniałe krzyże i białokore brzozy. Na nierównej drodze trumienka skrzywiła się trochę na bok, a Antek, trzymający się fałdów spódnicy matczynej, idąc za wozem myślał:
„Musi tam być źle Rozalce, kiedy się tak poprawia i na bok przewraca!...”
Potem - pokropił ksiądz trumnę święconą wodą, czterech parobków spuściło ją na szalach do grobu, przywaliło ziemią - i tyle wszystkiego.
Wzgórza z lasem szumiącym i te, na których krzaki rosły, zostały tam, gdzie były. Pastusi jak dawniej grali na fujarkach w dolinie i życie szło, wciąż szło swoją koleją, choć we wsi nie stało jednej dziewuchy.
Przez tydzień mówiono o niej, potem zapomniano i opuszczono świeży grób, na którym tylko wiatr wzdychał i świergotały polne koniki."
The following user(s) said Thank You: Michał Mugaj

Proszę Zaloguj , aby dołączyć do konwersacji.

1 rok 9 miesiąc temu #19590 przez Andrzej Kuśnierczyk
Pozostańmy w kręgu spraw tu poruszanych : autentyzmu i wartościowej literatury.
Otrzymałem z Żyrardowa miłą przesyłkę : wspomnieniową ksiażkę Pawła Hulki-Laskowskiego - w formie audio, czyta (znakomicie!) Jarosław Gajewski.
Znakomity materiał - opis kultury z przełomu XIX i XX w. Ludzie, obyczaje, język.

Polecam

zyrardow.pttk.pl/szwejk/hulka.html
The following user(s) said Thank You: Michał Urbaniak

Proszę Zaloguj , aby dołączyć do konwersacji.

1 rok 9 miesiąc temu #19609 przez Michał Urbaniak
Bardzo ciekawy trop!

Proszę Zaloguj , aby dołączyć do konwersacji.

1 rok 3 miesiąc temu #22606 przez Michał Urbaniak
Dziś chciałbym tutaj wkleić fragment "Julianki" opisujący tryb życia na pewnym miejskim podwórzu. Myślę, że tak mogło żyć wielu naszych przodków. Samą nowelę bardzo polecam - wstrząsająca historia, a do tego mnóstwo obrazków z życia ówczesnych ludzi.

"Rzecz dziwna! Ludność, zamieszkująca zakąt ten, zmienia się często, a jednak zawsze jest jakby tą
samą. Gdybyś przez lat dziesiątki co miesiąc, co tydzień, codzień, zaglądał na ogromne podwórze,
zobaczył-byś tu te same widoki i te same odgłosy posłyszał. Słudzy, czasowo bez zajęcia zostający,
rozchodzą się ztąd w różne strony, aby na czas jakiś zamieszkać w pięknych kamienicach i ładnych
dworkach miejskich, z których w zamian wychodzą mniéj szczęśliwi ich towarzysze i tu przybywają;
dziadowie i baby kościelne idą szukać dochodniejszéj parafii, albo kłaść się na wieki po najuboższych kątkach miejskiego cmentarza; a ci, co przy pogrzebach ich zawodzili pieśni żałobne, stukają koszturami i kijami swemi po tych samych kamieniach, po których do czasu wynoszą małe trumienki, zamykające w sobie martwe ciała dziecięce, a za niemi grubijańscy ci i nierządni ludzie, którzy co noc budzą mieszkańców ulicy pijanemi okrzyki, postępują zwolna, ze zwieszonemi głowami i płaczą. Liczba drobnych istot z bosemi nogami i rozczochranym włosem, hasających po wielkiém podwórzu, nie zmniejsza się jednak; przez okno oficynki, nad gęstwiną chwastów, zamiast chudéj szwaczki o wybladłych oczach, wygląda zarumieniona od ognia, z nagiemi, mokremi rękoma, praczka, i rozdraźnionym głosem przywołuje ku sobie swe dzieci.
Wszystko tu tak samo, choć wszyscy są inni. I tylko magiel, ten sam zawsze, co i przed lat
dziesiątkiem, turkoce ponuro w głębi starego gmachu, i ta sama żydówka, mała i przygarbiona, kołysze starą głowę swą, obciążoną spłowiałym zawojem, za oknem, ubraném w obwarzanki, butelki i sery. Właścicielki maglu zmieniały się wiele razy, lecz on sam pozostał zawsze na dawném swém miejscu; staréj żydówce dopomagały w handlu córki jéj, potém wnuczki, a potém prawnuczki, lecz ona sama siedzi zawsze tam, gdzie siadywała przed laty i bezzębnemi usty rada jest opowiadać każdemu, kto słuchać zechce, długie i różne historye o wielkiém podwórzu, starym gmachu i wielu pokoleniach mieszkańców ich, które przesuwały się jéj przed oczyma, niby szeregi cieniów, coraz innych, a wiecznie jednakich"
The following user(s) said Thank You: Michał Mugaj, Lech Ciuk, Teresa Łukasik, Elżbieta Kowalska

Proszę Zaloguj , aby dołączyć do konwersacji.

1 rok 3 miesiąc temu #23015 przez Michał Urbaniak
Dziś chciałbym przedstawić fragment "Chama", powieści Elizy Orzeszkowej z 1888 roku. Oto co było w chacie rybaka z białoruskiej wsi. Przyznam, że informacja o cukierkach trochę mnie zaskoczyła. Przy posiłku siadają Franka (żona Pawła, tytułowego "chama") i żebraczka Marcela:

"- Wiesz co, Marcelko? nastaw ty samowarek: herbatki sobie wypijem.
 U Pawła, jak u Filipa, jak w kilku zresztą najporządniejszych chatach tej wioski, był blaszany samowarek i zawsze jakaś szczypta herbaty i trochę cukru w zapasie. Paweł nawet na prośbę żony zapas ten powiększył. Franka o jedzenie wogóle mało dbała. Jadła byle co i bardzo niewiele; zdarzało się nawet, że przez dzień cały, szczególniej gdy była czemś zajęta albo wzruszona, nic w usta nie brała. Ale bez herbaty żyć nie mogła i za cukierkami tęskniła, które w mieście, jak opowiadała Pawłowi. kupowała sobie zawsze, albo od kawalerów otrzymywała. Innych podarunków nikt jej nie przynosił, ale cukierki przynosili, a ona je przyjmowała, bo panie nawet od panów zawsze cukierki przyjmują. Dziś właśnie, kiedy Paweł do miasteczka wyjeżdżał, zarzuciła mu ręce na szyję i poprosiła:
 — Przywieź cukierków! Mój mileńki, złoty, brylantowy, przywieź!
 O suknie albo pożywienie inne, niż to, które powszechnie we wsi jadano, nie prosiła go nigdy; o herbatę i cukierki poprosiła.
 Tymczasem Marcela, z pod opuchłych powiek radośnie oczyma błysnąwszy, żwawo, bez pomocy nawet kija, po izbie chodząc, rozkaz jej spełniła.
 Na dworze deszcz padał; dwie kobiety, jedna w łachmanach, druga w grubej chustce na plecach, przy małem oknie herbatę z zielonawych szklanek popijały, trzaskami ją mieszając. Żebraczka przytem pochłaniała dużo razowego chleba, i znać było po niej, że cieszyła się czegoś bardzo. Może odwiedziny te powiodły się jej lepiej, niż spodziewać się mogła, i pomyślność jakąś na przyszłość zapowiadały".

Zasadniczo polecam całą książkę. Jest tam wiele świetnych scenek rodzajowych z życia wsi końca XIX wieku. Myślę, że ta białoruska nie różniła się tak bardzo od polskiej.
The following user(s) said Thank You: Michał Mugaj, Maria Mroczek, Kinga Cisowska Vnuk

Proszę Zaloguj , aby dołączyć do konwersacji.

1 rok 2 miesiąc temu #23639 przez Michał Urbaniak
Dzisiaj przedstawiam Wam fragment "Księgi Tatr" Jalu Kurka. Wszystko rozgrywa się w Zakopanem, ale myślę, że pewne obrazki rodzajowe (a jest ich tu sporo) pozostają uniwersalne. Oto jak leczono pewną chorą dziewczynkę:

"Uchowało się jej troje dzieci: dwoje starszych zmarło. Syn pierworodny zaraz po urodzeniu, a córka na ospę w ósmym roku życia. Leżała oblepiona wrzodami, cuchnęło od niej strasznie, nie można było jej tknąć, przewracano ją na chuście. Głowa ją bolała, oblewano ją zimną wodą, bo takie było podówczas leczenie, lecz woda nic nie pomogła. Dziecko płakało, płakało i w tym płaczu umarło. Zośkę, która była chora na suchoty, leczyła matka w dzieciństwie wszelkimi ludowymi
sposobami. Brała o północy ziemię z grobu na cmentarzu w Poroninie, gotowała ją w wodzie, kąpała w tym córeczkę. Kąpała dziecko w wodzie zasypanej mrówkami spod sosnowego drzewa. Zrobiła wałek z gałganów, ubrała go w koszulę Zośczyną, wyniosła na dach, trzymała tam przez dwadzieścia
cztery godziny. O północy, kiedy księżyc był na wietku (to znaczy zanikał), poszła z Zośką pod kapliczkę, modląc się o wypędzenie choroby z ciała dziecka. Zdjęła z córki koszulinę, prasnęła nią o ziemię u stóp kapliczki. I odeszła szybko. Choroba pozostała w koszuli. Jegomość [ksiądz] walczył z tym ciemnym przesądem, gdy nastał, bo zdarzało mu się nieraz oglądać pod kapliczką koszule suchotnicze, w których miała się ukrywać choroba. Byli tacy, którzy się łakomili na porzucone koszule, chytrość była silniejsza od obawy zakażenia."
The following user(s) said Thank You: Maria Mroczek

Proszę Zaloguj , aby dołączyć do konwersacji.

1 rok 2 miesiąc temu #23644 przez Michał Urbaniak
I jeszcze dwa ciekawe fragmenty - o małżeństwie i o śmierci:

"Zośka od Bachledy wydaje się dzisiaj za Wojtka Galicę z Kościeliska. Właśnie jadą do ślubu. Wojtka nazywano powszechnie Mamcorzykiem, ponieważ ojciec jego nosił bliżej nie wyjaśnione przezwisko Mamcorz. (...) Mamcorzykowie będą się budowali na Nędzówce, ojcowiźnie pana młodego. Klimka biorą ze sobą jako zaczątek rodziny, na za wspomożenie domu, jak mówili sąsiedzi z dowcipnym
uśmiechem, pozbawionym jednak ironii. Chłopczyk ma siedem lat, przyda się na gospodarstwie, Ubrać go na razie nie trzeba, bo dzieci chodzą w górach zimą i latem w samych koszulach i boso. A
bydło przy domu już zapaść potrafi, przyniesie drzewa z jaty, wody z potoku w konewce.
Na razie, do czasu wzniesienia domu, młodzi będą mieszkali na Groniku Nie bardzo mogli się zgodzić w gazdowaniu z rodzicami, kłócili się, zięć był trochę nagły. Przez pewien czas Zośka mieszkała na Olczy u starej Chramculi. Wojtek zwoził drzewo sanną, począł je obrabiać od Wielkiego Tygodnia; tu każdy prawie góral jest budarzem; czyli cieślą, a z drzewem narabiają wszyscy
od młodości. Zośka pomagała dzielnie mężowi przy pracy, obciosywała tramy siekierą niby chłop. Przyjaźniła się z młodą Chramcową, z domu Bukowską, kościeliszczanką, która mieszkała w
Zakopanem na Chramcówkach. (...) Czy kochała Wojtka? Tu się nikt o to nie pyta, to nieważne, to
się nie liczy i nikt się z tym nie liczy. Sprawy małżeństwa załatwiają między sobą rodzice obu stron: kto, co, ile daje. Czasem jeszcze zapytują się parobka, czy chce dziewkę; nie, czy ją kocha. Ale i to nie wchodzi w grę. O miłości nie ma mowy jako o warunku małżeństwa. Uczucia przywiązania, zgodność, harmonia rodzą się u małżonków z latami na podłożu wspólnej pracy, bo ona stanowi istotny sens małżeństwa i jego więź według moralności góralskiej. Praca we dwójkę na gospodarstwie - oto, czym jest życie małżeńskie. (...) Szanse matrymonialne płci żeńskiej są tu zawsze mniejsze od możliwości mężczyzn. Chłopskie przysłowie powiada słusznie: Pierwej słomiany parobek się ożeni, niź złota dziewka wyda. W tym stanie rzeczy Zośka nie miała wyboru. Wzięła tego; kto wyraził ochotę, kogo jej podsunęli rodzice. Teraz nie ma miejsca na marzenia, teraz zaczyna się życie małżeńskie, czyli praca. Dostała od ojca mórg pola, dołączyła go do dwóch mężowskich; chudobne gazdostwo; nie pytajcie o miłość. Wojtek Galica uważał, że łaskę robi Zośce żeniąc się z nią. Ale wyczuł w niej dobrą, pracowitą gospodynię i nie pomylił się. A ona może i kochała go trochę za to, że zechciał się z nią ożenić."

" Klimek miał lat dwanaście, kiedy umarła mu matka. Podobno oberwała się przy budowie domu i szopy, które zbudowali własnoręcznie oboje z mężem w ciągu dwóch lat. I tak już odtąd kwękała, nie mogąc wrócić do zdrowia. Nie popuściła jej ta choroba do końca. Po prawdzie mówiąc to już w dzieciństwie wydarła się z objęć śmierci gruźliczej. Był u niej ksiądz jegomość, wyspowiadała się przed nim nabożnie, namaścił ją olejami i czekała na śmierć. Ze dwa tygodnie czekała, przygotowana na zgon, Przezorny mąż dał już nawet zbić trumnę Budzowi. Trumna także czekała ponad tydzień (w szopie u Budza). Wieczorem przychodzili do chałupy Mamcorzyka ludzie z sąsiedztwa, a także i z dalsza, aby w myśl zwyczaju pożegnać się z umierającą i odpytać, czyli wzajemnie się przeprosić. Klimek siedział boso przy łóżku i płakał. Nie miała może dla niego ta matka zbyt wiele serca, ale jakże można było serce podzielić między pięcioro dzieci, z tego czworo małoletnich, skoro się ma poza tym wszystkim jeszcze gospodarstwo na głowie? Płakał rzewnie nad matką i nad sobą. wiedział, że z jej śmiercią zniknie ze świata drobna iskierka uczucia, jaka go wiązała z ludźmi. Przekleństwo
urodzenia wisiało nad nim i tylko matka była pozbawiona lekceważenia i pogardy, jaką wszyscy żywili dla bęsia. Ona jedna niewątpliwie kochała go na swój sposób. Od dzieciństwa twardy los
był jego udziałem. Wszakże ojczym wziął go w swój dom tylko dla pasienia i innych posług, a teraz używa go do roboty i do bawienia dzieci. Ojczym nie lubił Klimka, złościł się na niego o
byle co, nieraz go i uderzył. (...)
Na co umierała młoda Galicowa? Jedni mówili, że wskutek oberwania, drudzy, że na zapalenie płuc. Napiła się wody, gdy była zgrzana, i stąd ją chorość wzięła. Któż może dociec prawdy, kiedy w tej wsi nie znano lekarza?"
The following user(s) said Thank You: Krzysztof R. Osada

Proszę Zaloguj , aby dołączyć do konwersacji.

7 miesiąc 1 dzień temu #27224 przez Michał Urbaniak
Ostatnio przeczytałem dwie bardzo ciekawe z genealogicznego punktu widzenia nowele Henryka Sienkiewicza.:

- Jamioł - króciutki tekst, którego bohaterką jest osierocona przez matkę dziewczynka. Sierotkami ponoć opiekuje się jamioł (czyli anioł), ale... Więcej nie zdradzę. Przejmujący obrazek o losie sierot w tamtych czasach. Cały tekst można znaleźć tutaj:

pl.wikisource.org/wiki/Jamioł

- Za chlebem - opowiadanie o pewnym chłopie i jego córce, którzy porzucają swoje ziemie, aby rozpocząć życie w Ameryce.

Polecam!
The following user(s) said Thank You: Kinga Cisowska Vnuk

Proszę Zaloguj , aby dołączyć do konwersacji.

Czas generowania strony: 1.566 s.